Certified czy ex-certified?

Data: 5 lutego 2014 | Autor: | Brak komentarzy »

Na anglojęzycznych forach związanych z informatyką śledczą rozgorzała ostatnio dyskusja związana z ujawnionym przypadkiem pewnej amerykańskiej biegłej z tego, która – jak się okazało – w nieuprawniony sposób posługiwała się dwoma topowymi desygnacjami z tego zakresu – Certified Computer Examiner oraz Certified Forensic Computer Examiner. Judith Gosselin wpadła zresztą w jeden z najgłupszych możliwych sposobów, ponieważ występując w roli biegłego ze strony obrony podpisała swój raport m.in. tytułami CCE i CFCE, czego nie omieszkał zweryfikować policyjny detektyw, współpracujący z prokuratorem.

Sprawa jest poważna, jako że Judith Gosselin nie tylko zwodziła swoich klientów, ale także – a może przede wszystkim – występowała jako biegły informatyk śledczy w sprawach sądowych. Dokładna liczba takich przypadków nie jest zresztą dotąd znana, bo Gosselin stawała jako ekspert od 2006 r., a w swoim zeznaniu jeszcze z roku 2008, do którego dotarli dziennikarze, twierdziła, że występowała już w ponad 40 sprawach. Wprawdzie pani stanęła już przed sądem i nawet otrzymała wyrok (12 miesięcy więzienia w zawieszeniu, zakaz występowania jako biegły w sprawach karnych w stanie New Hampshire, grzywna 2.000 USD oraz zwrot pobranych ostatnio wynagrodzeń), ale rozprawa dotyczyła tylko i wyłącznie spraw prowadzonych w stanie New Hampshire.

Kontrowersyjny w opinii wielu osób ze środowiska jest fakt, że Gosselin nie zabroniono kontynuacji działalności w sprawach innych niż karne (tj. głównie w cywilnych oraz w przypadkach roszczeń ubezpieczeniowych). Sama zainteresowana wyraźnie zresztą powiedziała w jednym z wywiadów, że zamierza dalej pracować w zawodzie i występować przed sądami jako posiadająca odpowiednie kwalifikacje.

Nie rozwodząc się nad zasadnością ograniczeń zawartych w wyroku (jakkolwiek w pełni zgadzam się z oburzeniem środowiska), uwagę moją przykuł fakt, że przez 7 lat w – jak można założyć – kilkuset sprawach – Judith Gosselin posługiwała się tytułami zawodowymi, których nie posiadała i nikt nie pokusił się do sprawdzenia faktu posiadania przez nią tych uprawnień. I to dotyczyło to spraw karnych, gdzie praktycznie zawsze szuka się przysłowiowego „haka” na biegłego drugiej strony.

Jednocześnie uświadomiłem sobie, że mnie – jako posiadacza kilku zawodowych desygnacji – nigdy nawet nie poproszono o przedstawienie kopii odpowiednich certyfikatów, nie mówiąc już o zadaniu mi jakichkolwiek pytań dotyczących weryfikacji deklarowanych uprawnień. Szybkie rozpytanie po znajomych posiadających także różnego rodzaju zawodowe uprawnienia przyniosło identyczne rezultaty (w zasadzie jedynym wyjątkiem był biegły rewident, ale już certyfikat ACCA nikogo nie interesował). Oczywiście na takiej podstawie nie mogę twierdzić, że deklarowane przez kandydatów do pracy / współpracy / realizacji projektu uprawnienia nie są nigdy potwierdzane, ale myślę, że są solidne przesłanki do takiego założenia.

Szybki test na losowo wybranych osobach z Polski (używając ich profili w serwisie LinkedIn) oraz stronach organizacji certyfikujących, udostępniających katalogi prawowitych posiadaczy uprawnień, ujawnił kilka przypadków, kiedy dana osoba w bazie posiadaczy deklarowanego certyfikatu nie figurowała… Ponownie – test ten jest nieuchronnie obarczony błędem, bo np. ACFE publikuje dane jedynie CFE, którzy taką wolę zadeklarowali, a popularne IIA najprawdopodobniej w ogóle takich danych nie udostępnia publicznie (co samo w sobie jest zaskakujące).

Zakładam, że zdecydowana większość uczestników mojej próby deklarowany certyfikat kiedyś posiadała i został on zawieszony / odebrany z prozaicznej przyczyny: nie opłacenia składki członkowskiej lub nie zaraportowania godzin CPE. Nie wnikając w kwestie etyczne powoływania się na posiadanie tytułu, do którego nie ma się prawa, pojawia się jednak pytanie: jak świadczy to o ich kwalifikacjach zawodowych? Formalnie do posługiwania się danym certyfikatem nie mają już uprawnień, ale zapewne danej działają w wymagającej go branży i wykonują pracę związaną z wymaganym zakresem kompetencji, a ich wcześniejsza wiedza nie zniknęła (chociaż mogła ulec degradacji).

Cóż, na pewno można powiedzieć, że sam fakt, że dana osoba, której najwyraźniej konkretny certyfikat był potrzebny, nie zadaje sobie trudu, aby dbać o jego aktualność, a także – nieuchronnie – w świadomy lub nieświadomy sposób wprowadza innych w błąd co do tej okoliczności, nie jest chyba wiarygodnym pracownikiem ani partnerem biznesowym. W wielu przypadkach można wręcz podnieść, że taka sytuacja nosi znamiona nadużycia, jeśli fakt posiadania certyfikatu decyduje o przyjęciu do pracy, wysokości wynagrodzenia, czy możliwości przystąpienia do przetargu na wykonanie usług. Z pewnością należy też zastanowić się, czy dana osoba wywiązywała się z obowiązku ciągłego dokształcania (i czy to nie brak punktów CPE sprawił, że certyfikat jej odebrano) – przy tempie dzisiejszych zmian wiedza sprzed X lat, nawet w połączeniu z ciągłą praktyką, już nie wystarczy.

Nie potrafię jednak odpowiedzieć na pytanie, dlaczego organizacje wymagające w różnych sytuacjach legitymowania się określonymi kwalifikacjami zawodowymi, wierzą kandydatom na słowo. Tym bardziej, że nie jest to rzecz trudna do sprawdzenia, ani pod kątem legalności takiego działania, ani w sensie praktycznym. Jak wspomniałem powyżej, wiele organizacji upublicznia listy posiadaczy ich desygnacji, a jeśli nawet tego nie robi, szczerze wątpię, czy odmówiłoby potwierdzenia takiej informacji (testowałem taki przypadek tylko raz – z sukcesem), wreszcie – liczne certyfikaty (np. CISA, CCE) są opatrywane datą ich ważności. Wystarczy zatem jedynie chcieć. A może takie wymagania to jeden z wielu przypadków przerostu formy nad treścią?



Skomentuj wpis

Musisz być zalogowany/a, żeby zamieszczać komentarze.