Audyt firmy Livent – cierpliwy i kamień ugotuje

Data: 27 sierpnia 2014 | Autor: | Brak komentarzy »

W ostatnich tygodniach niemal do sądowego końca (możliwa – i wysoce prawdopodobna – jest jeszcze apelacja) dobiegła jedna z najciekawszych, a jednocześnie stosunkowo mało znanych, afer związanych z fałszowaniem sprawozdań finansowych ostatnich lat. Same doniesienia medialne nie sugerują jednak, jakoby stało się coś wyjątkowego, a przynajmniej nie w świetle coraz liczniej pojawiających się ostatnio (i opisywanych m.in. na łamach Fraud IQ) przypadków niesolidności audytora.

Wyrok dotyczy firmy Deloitte, która została skazana przez kanadyjski sąd na zapłatę niemal 85 milionów dolarów na rzecz wierzycieli upadłego przedsiębiorstwa widowiskowego Livent. Bezpośrednią przyczyną zasądzenia rzeczonej kwoty był fakt, iż audytorzy Deloitte badający sprawozdania finansowe Liventu nie dostrzegli oczywistych przejawów długoletniego fałszowania sprawozdawczości firmy celem stworzenia wrażenia jej lepszej niż w rzeczywistości kondycji finansowej.

Gdzie zatem tutaj przejaw wyjątkowości? Cóż, należy zacząć od tego, że cała sprawa rozpoczęła się jeszcze przed sławnymi skandalami Enronu, WorldComu i współczesnym im innym gigantycznym nadużyciom księgowym, a więc trwała w zasadzie przez cały okres nowoczesnego zarządzania ryzykiem nadużyć. W dodatku historia pokazuje, że Livent od samego początku niezależnej działalności stanowił obiekt źle pojmowanej kreatywności finansowo-księgowej swoich pracowników. O ile we wspomnianych sprawach śledczy doszli do mimo wszystko osobliwego wniosku, że całość winy można złożyć na barki kilku osób z najwyższego kierownictwa bankrutów, to w przypadku Liventu dowiedziono, że w procederze brał udział niemal cały personel mający styczność z finansami. Co więcej, funkcję dyrektora finansowego Liventu od 1996 r. sprawowała była partner Deloitte, odpowiedzialna wcześniej za audyt tego klienta. Sam wyrok sądu jest precedensowy, jako że jest wynikiem triku prawnego w przyjętym dotąd orzecznictwie (szczegóły poniżej). Wreszcie, ubocznym wątkiem sprawy była jeszcze kwestia handlu akcjami Liventu przez jego pracowników na podstawie poufnych informacji (insider trading).

Live Entertainment Corporation of Canada Inc., w skrócie Livent, był jedną z największych i najbardziej znanych kanadyjskich firm teatralno-widowiskowych lat 90-tych ubiegłego wieku. Wystawiała ona m.in. tak znane i cieszące się niesłabnącą popularnością megaprodukcje jak Upiór w operze, Pocałunek kobiety-pająka czy Ragtime. Korzystała przy tym zarówno z obiektów udostępnianych, jak i posiadał własne, pieczołowicie wyposażone, sale widowiskowe. Mimo jednak znaczących przychodów z biletów, nie potrafiła najwyraźniej wyjść ponad przysłowiową kreskę. Późniejsze dochodzenie, prowadzone przez nadzór finansowych zarówno Kanady, jak i Stanów Zjednoczonych, wykazało, że sprawozdania finansowe firmy od roku 1993 (tj. od wejścia firmy na giełdę!) do roku 1998 (tj. upadku firmy) zawierały liczne nieprawidłowości i ukrywały rzeczywistą sytuację finansową Liventu.

Żonglerka danymi finansowymi Liventu zaczęła się niemal od razu po jej wykupieniu od poprzedniego właściciela, firmy Cineplex Odeon, w 1989 r. W latach 1990-1994 prezes oraz dyrektor generalny wyprowadzili ponad 7 milionów dolarów, korzystając z prostego schematu zawyżania faktur przez zaprzyjaźnionych dostawców i podziału nadwyżki między zainteresowanych. Od debiutu giełdowego w 1995 r. postawiono natomiast na papierowe „uzdrawianie” kondycji finansowej firmy, stosując sztuczki znane zdecydowanej większości audytorów. Wspomnieć tutaj należy m.in.

  • księgowanie operacyjnych kosztów pre-produkcji jako aktywów trwałych, stanowiących element nieruchomości posiadanych przez firmę,
  • „rolowanie” kosztów już poniesionych, przerzucając je na następne okresy rozliczeniowe, a także rejestrując je w kosztach widowisk, które miały zostać uruchomione dopiero w przyszłości,
  • wydłużanie okresów amortyzacji lub przeksięgowywanie kosztów do produkcji o dłuższych okresach amortyzacji,
  • brak rejestrowania kosztów / usuwanie już zarejestrowanych kosztów z ksiąg rachunkowych,
  • rejestrowanie kompletnych przychodów z umów przekazania praw produkcyjnych bez uwzględnienia prawa do odstąpienia kontrahentów od tych umów lub wypowiedzenia ich wcześniej,
  • „odkupywanie” sprzedanych biletów od dystrybutorów (przy czym koszty kapitalizowano),
  • przyspieszane rozpoznawanie przychodów z umów sponsoringowych oraz dotacji kulturalnych (rozpoznawano je jednorazowo w momencie podpisania odpowiednich umów)

Dochodzenie wykazało, że w Livencie ustanowiono swoisty “komitet księgowy”, który grupowo decydował o tego rodzaju zmianach, składający się z członków kierownictwa oraz osób odpowiedzialnych za finanse i produkcję. Aby zachować kontrolę nad korektami, prowadzono dwa komplety ksiąg rachunkowych – rzeczywisty i zmanipulowany. Korzystano nawet ze specjalnego oprogramowania, które odpowiednio rozliczało planowane korekty między konta księgowe, biorące udział w oszukańczych operacjach! Niestety żadna z tych praktyk nie została ujawniona przez audytora firmy, Deloitte. O ile w przytaczanej na początku sprawie sędzia była wyrozumiała w stosunku do działania audytora we wcześniejszych latach, to jasno stwierdziła, że najpóźniej podczas badania śródokresowego roku 1997, większość nieprawidłowości winna była zostać ujawniona.

Jak podsumowano, w ciągu niecałych 4 lat koszty funkcjonowania Liventu zaniżono o ponad 30 milionów dolarów, zaś jego przychody zawyżono o ponad 34 miliony dolarów. Jak można się domyślić, firma nie wytrzymała długo papierowego kreowania jej standingu finansowego i jej potencjał do tego rodzaju operacji wyczerpał się stosunkowo szybko. To było podstawą do zmian w zarządzie Liventu, którego nowy szef rozpoczął od sporządzenia księgowego raportu otwarcia. Jego efektem nie było jednak pożądane „otwarcie”, ale złożenie w listopadzie 1998 wniosku o ochronę przed wierzycielami. Jak stwierdzono zobowiązania Liventu w tym czasie przekraczały 334 miliony dolarów (przy czym w sumie inwestorzy wyłożyli w różnej formie na rzecz firmy ponad 500 milionów dolarów).

Procesy sądowe uczestników procederu ciągnęły się w niektórych przypadkach aż do 2009 r., ale ostatecznie mniej lub bardziej surowe wyroku usłyszało 9 osób. Osobno toczył się jednak specyficzny proces wytoczony zarówno szefom Liventu, jak i Deloitte przez wierzycieli firmy. Dlaczego specyficzny? Otóż kanadyjskie prawo wprost nie umożliwia kredytodawcom i inwestorom firmy występowania przeciwko jej audytorowi z pozwem o niezachowanie należytej staranności. Takie prawo przysługuje jedynie samej audytowanej firmie. Wynika to z wcześniejszych orzeczeń, w których kanadyjskie sądy stwierdziły, że celem audytu jest jedynie ocena, czy zarządzający odpowiednio zabezpieczają interesy spółki, a nie wspieranie decyzji osób trzecich o finansowym zaangażowaniu w spółkę.

W związku z tym sąd zastosował co najmniej niestandardowy sposób rozumowania. Ponieważ Livent poszukiwał ochrony przed wierzycielami, jego majątek spoczął w rękach syndyka, którego zadaniem jest m.in. zaspokojenie jego wierzycieli. Tym samym to syndyk – działając w imieniu firmy – może pozwać jej audytora o zadośćuczynienie, a uzyskane w ten sposób środki przekazać na rzecz kredytobiorców i inwestorów. Dlatego też wyrok nie zapadł w sprawie „wierzyciele Livent vs. Deloitte”, ale „Livent vs. Deloitte”, przy czym w praktyce stroną zainteresowaną są pechowi wierzyciele. Niestety – przynajmniej dla nich – zastosowanie tego typu argumentów otwiera także drogę do podważania argumentacji sądu, z której Deloitte niewątpliwie skorzysta.



Skomentuj wpis

Musisz być zalogowany/a, żeby zamieszczać komentarze.